Katastrofa stworzyła hybrydy.
Silva sprawi, że świat zakwitnie na zgliszczach.
Silva Hallow ma śmiertelnie niebezpieczny sekret – jej ciało porastają liście i pnącza. We Floris tacy jak ona są tylko jednym: celem do eliminacji. Matka od lat stara się ukryć każdy zielony ślad na skórze córki, ale prawdy nie da się uciszyć na zawsze.
Gdy jej przyjaciel ulega dziwnemu wypadkowi w zatoce, Silva, pchana nieznaną jej wcześniej siłą, próbuje się dowiedzieć co tak naprawdę się tutaj dzieje. W dzikiej, zmutowanej przyrodzie spotyka potwora jak z koszmaru i odkrywa, że świat poza Floris może być jeszcze groźniejszy, niż mówią legendy. Pomóc może tylko Patrick – były strażnik uznany za szaleńca – i Ben, przyjaciel z dzieciństwa, który właśnie dostał przydział do Straży.
Nad obóz nadciąga Front Oczyszczenia, fanatyczna organizacja, która pragnie wytępić wszystkie hybrydy. Floris nie ma szans, wraz z płonącymi budynkami i krzykiem mieszkańców ginącym w dymie, Silva traci wszystko, co kocha – i coś w niej się budzi. Roślinność reaguje na jej gniew, ziemia drży pod jej stopami, a delikatny biały kwiat wyrastający ze znaku wroga staje się obietnicą zemsty.
Recenzja książki Kwitnąc na zgliszczach
„Kwitnąc na zgliszczach” to jedna z tych książek, które od razu przyciągają pomysłem. Postapo, hybrydy, zmutowana przyroda i bohaterka, której ciało dosłownie zdradza, że nie należy już w pełni do świata ludzi. Brzmi dobrze, i rzeczywiście, ta historia ma w sobie coś świeżego. Zamiast kolejnej surowej wizji końca świata dostajemy opowieść, w której natura nie umiera, tylko przejmuje kontrolę — momentami piękna, niekiedy niepokojąca, a czasem po prostu brutalna.
O czym jest książka
Silva Hallow żyje w świecie po katastrofie, w którym ludzie boją się wszystkiego, co odbiega od normy. Ona sama jest właśnie takim odstępstwem. Jej ciało porastają liście i pnącza, więc gdyby prawda wyszła na jaw, nie miałaby szans na normalne życie. Matka przez lata ukrywa jej sekret. Wiadomo jednak, jak to zwykle bywa z sekretami — w końcu zaczynają pękać.
Kiedy przyjaciel Silvy ulega podejrzanemu wypadkowi, dziewczyna zaczyna zadawać pytania. Z czasem odkrywa, że zagrożenie nie czai się wyłącznie w zmutowanej przyrodzie poza murami Floris. Równie groźni, a może nawet groźniejsi, okazują się ludzie. Na horyzoncie pojawia się Front Oczyszczenia — fanatyczna organizacja, która chce wytępić wszystkie hybrydy i każdego, kto może być z nimi powiązany. Wtedy historia nabiera większego ciężaru.
Moja opinia i przemyślenia
Najbardziej spodobał mi się tutaj sam koncept świata. Wizja natury, która mści się na ludziach za lata niszczenia planety, naprawdę działa. Hybrydy, mutacje, niepokojąca roślinność i poczucie, że świat już dawno wymknął się spod kontroli — to wszystko buduje bardzo ciekawy klimat. Czuć, że autorka miała na tę historię pomysł i że chciała stworzyć coś ważniejszego niż zwykłe młodzieżowe postapo.
Silva jako bohaterka też wypada interesująco. Ma w sobie wrażliwość, ale jednocześnie jest związana z czymś dzikim i nieoswojonym. Jej wewnętrzne rozdarcie wypada wiarygodnie, a motyw poszukiwania własnego miejsca między ludźmi a „innym” światem naprawdę potrafi zaciekawić. Poza tym finał i to, co budzi się w niej pod wpływem straty, robi wrażenie. Zostawia czytelnika z konkretną ochotą na dalszy ciąg.

Nie wszystko jednak wypadło dla mnie idealnie. Tempo historii jest raczej spokojne i przez sporą część książki czuć, że to dopiero wprowadzenie do większej opowieści. Mnie momentami brakowało mocniejszego przyspieszenia, bo najwięcej dzieje się dopiero pod koniec. Na plus działa to, że nie jest to puste przeciąganie, bo kolejne rozdziały faktycznie budują świat i napięcie. Mimo tego chwilami miałam wrażenie, że fabuła mogłaby ruszyć odrobinę szybciej.
Za to bardzo podoba mi się, że po pierwszym tomie zostaje mnóstwo pytań. Co dalej stanie się z Silvą? Po której stronie ostatecznie stanie? Czy w tym świecie w ogóle jest jeszcze miejsce na rozmowy? Czy wszystko musi skończyć się wojną? Ten niedosyt akurat działa na korzyść książki, bo sprawia, że naprawdę ma się ochotę sięgnąć po kontynuację.
Podsumowanie
„Kwitnąc na zgliszczach” to udany początek serii z naprawdę ciekawym światem i dużym potencjałem. Najmocniej wypada moim zdaniem klimat, motyw hybryd i relacja człowieka z naturą, która przestaje być tłem, a zaczyna rozdawać karty. To książka, która może nie pędzi od pierwszej do ostatniej strony, ale potrafi wciągnąć swoim pomysłem i zostawić apetyt na więcej. Lekturę serdecznie polecam, a sama niecierpliwie czekam na kolejny tom.



