Recenzja książki Jej złe korzenie
Jesienią najchętniej sięgam po książki, które pasują do pogody za oknem. Trochę mroku, tajemnicza posiadłość, niepokojąca atmosfera… Właśnie dlatego „Jej złe korzenie” Tanyi Pell od razu trafiły w mój gust. Przyciągnęły mnie ciekawym opisem i przepięknym wydaniem z barwionymi brzegami, a potem zauroczyły fantastycznie wykreowaną historią.
O czym jest książka?
Edward obiecał Cordelii, że po nią wróci. Tymczasem listy od brata nagle przestają przychodzić, a dziewczyna zostaje zupełnie sama, w miejscu, z którego najchętniej uciekłaby przy pierwszej okazji. W końcu rzeczywiście to robi. Zabiera ze sobą kilka wskazówek, resztki nadziei i rusza na poszukiwania jedynej osoby, którą może nazwać rodziną.
Tyle że w Edenfield, dokąd prowadzą ją ślady Edwarda, nikt podobno o nim nie słyszał. Cordelia nie ma dokąd pójść ani za co żyć, dlatego propozycja lady Evangeline wydaje się prawdziwym wybawieniem. Ekscentryczna botaniczka przyjmuje ją pod swój dach i zatrudnia jako pomoc domową. W ogromnej posiadłości mieszkają również jej dwie córki, Prim i Briar, z których szczególnie ta druga szybko staje się Cordelii bliska.
Mogłoby się wydawać, że dziewczyna wreszcie trafiła w dobre ręce. Pozostaje tylko pytanie, dlaczego mieszkanki domu tak wiele uwagi poświęcają ogrodowi i co właściwie kryje się za ich uprzejmymi uśmiechami.
Moja opinia i przemyślenia
Uwielbiam motyw starych posiadłości, które skrywają sekrety, a Tanya Pell naprawdę dobrze wykorzystała ten pomysł. Od początku czułam, że z domem lady Evangeline jest coś nie tak. Niby wszyscy są mili, otoczenie zachwyca, a Cordelia wreszcie może poczuć się bezpiecznie, ale gdzieś z tyłu głowy ciągle zapala się czerwona lampka.
Najbardziej spodobał mi się motyw ogrodu. Pięknego, pełnego niezwykłych roślin, a jednocześnie budzącego niepokój. Autorka świetnie połączyła botanikę z gotyckim klimatem, tworząc coś naprawdę ciekawego. Nawet relacje między bohaterkami bywają tutaj równie toksyczne jak rośliny hodowane przez lady Evangeline.

Sama Cordelia momentami trochę mnie irytowała. Rozumiem, że po wszystkich trudnych doświadczeniach pragnęła znaleźć swoje miejsce i poczuć się kochana, ale niektóre sygnały ostrzegawcze były wręcz niemożliwe do przeoczenia! Z drugiej strony właśnie ta naiwność sprawiała, że dziewczyna wydawała się bardziej prawdziwa.
Nie ukrywam jednak, że historia rozwija się dość powoli. Autorka długo buduje atmosferę, stopniowo odkrywa kolejne tajemnice i chwilami miałam ochotę trochę ją pospieszyć. Zwłaszcza że byłam ogromnie ciekawa, co tak naprawdę dzieje się w posiadłości i jaką rolę odgrywa w tym wszystkim ogród.
Za to zakończenie zdecydowanie mnie zaskoczyło! Nie udało mi się rozwiązać zagadki zniknięcia Edwarda, a kiedy wydawało się, że wszystko jest już jasne, epilog ponownie namieszał mi w głowie. Przyznam, że po odłożeniu książki jeszcze przez chwilę zastanawiałam się nad tym, co właściwie przeczytałam.
Podsumowanie
„Jej złe korzenie” to dziwna, mroczna, ale niezwykle intrygująca historia. Ma w sobie coś z gotyckiej baśni, w której piękne kwiaty mogą okazać się śmiertelnie niebezpieczne, a życzliwość nie zawsze oznacza dobre intencje. Mimo nieco powolnego tempa bawiłam się przy niej naprawdę dobrze. Klimat, tajemnice i nietypowy pomysł na fabułę zdecydowanie wynagrodziły mi spokojniejszy początek. Jeśli lubicie gotyckie opowieści z nutką grozy i zakończenia, które potrafią zaskoczyć, myślę, że również przypadnie Wam do gustu. Idealna lektura na długie, jesienne wieczory!




