Ona może być wszystkim – nadzieją, bronią… albo zagładą.
Dwudziestoletnia Lavender prowadzi na pozór zwyczajne życie – pracuje w herbaciarni i stara się spełnić oczekiwania rodziny. Nikt jednak nie wie, że czasem do filiżanek dodaje zaklęcia, a jej rodzina to bostoński sabat czarownic, który od zawsze traktuje ją jak wyrzutka.
Gdy magia zaczyna ją przerastać, Lav wpada w kłopoty – zostaje przyłapana przez Strażnika, intrygującego mężczyznę o niezwykłych, obsydianowych oczach. Powinien ją zgłosić, bo nie wolno jej używać Mroku bez nadzoru, ale zamiast tego postanawia jej… pomóc.
Lav odkrywa, że nigdy nie była jak inne czarownice i że nosi w sobie dwa przeznaczenia – sprzeczne, niebezpieczne, niemożliwe do pogodzenia. A od jej wyboru zależy przyszłość magicznego świata.
Recenzja książki “Choćbym miała za to spłonąć”
Przyznam, że książka przyciągnęła mnie na długo przed premierą. Jeszcze wtedy, gdy autorka wydawała ją samodzielnie. Coś w tym opisie było obiecującego. Czarownice, mrok, herbaciarnia, magia ukryta tuż pod powierzchnią codzienności. Po lekturze mogę powiedzieć jedno – była to przygoda naprawdę wyjątkowa.
O czym jest książka
Lavender ma dwadzieścia lat, pracuje w herbaciarni i próbuje spełniać oczekiwania swojej rodziny. Tyle że jej rodzina to bostoński sabat czarownic, a ona sama od zawsze pozostaje w nim na marginesie. Nie przeszła rytuału. Jest inna. Jej magia wymyka się zasadom.
Gdy Mrok zaczyna ją przerastać, Lav wpada w kłopoty i zostaje zauważona przez Strażnika – Storma. Powinien ją zgłosić. Zamiast tego decyduje się jej pomóc. Wraz z pojawieniem się Strażników świat Lavender gwałtownie przyspiesza, a ona sama odkrywa, że nosi w sobie dwa sprzeczne przeznaczenia. Od wyboru, którego dokona, zależy przyszłość magicznego świata.

Moja opinia i przemyślenia
Najmocniejszą stroną powieści jest moim zdaniem świat przedstawiony. Klimatyczny, dopracowany, bardzo „namacalny”. Magia jest tu czymś, co czuć – w herbacie, w kolorach, w kamieniach przypisanych czarownicom. Ten motyw absolutnie mnie kupił. Unikatowy i świeży. Początek miał wyraźny cozy fantasy vibe i działało to świetnie – czarownica w ludzkiej kawiarni, drobne zaklęcia, zwykłe sprawy dnia codziennego. Serial, zakupy, rozmowy. Drobiazgi, które sprawiają, że przedstawiony świat staje się „swój”.
Bohaterowie są emocjonalni, wyraziści, niepapierowi. Strażnicy – zwłaszcza Storm – to postacie, które łatwo polubić, choć nie zawsze łatwo z nimi zgodzić. Sama relacja romantyczna była przyjemna w odbiorze, miała urocze momenty, ale momentami rozwijała się dla mnie zbyt szybko. Nie przyćmiła głównego wątku, co bardzo doceniam, jednak pozostawiła po sobie lekko mieszane uczucia.
Lavender jako bohaterka… jest trudna. Jest „wybraną” i to czuć na każdym kroku. Często chce być wszędzie i wszystko zrobić sama, nawet gdy ma wokół siebie ludzi gotowych pomóc. Rozumiem jej motywacje i ciężar, który na nią spada, ale chwilami ta lekkomyślność zwyczajnie mnie irytowała. To jeden z tych wariantów motywu wybrańca, za którym nie przepadam najbardziej.
Historia jest dynamiczna, dużo się dzieje i całość trzyma się logicznie. W połowie pojawiło się jednak lekkie znużenie – kilka scen wydało mi się zbędnych. Na szczęście zakończenie wynagrodziło wszystko. Było intensywne, emocjonalne i trzymało w napięciu, nawet jeśli sam motyw finałowy nie należy do moich ulubionych.
Podsumowanie
„Choćbym miała za to spłonąć” to opowieść z bardzo ciekawym światem, przyjemnym klimatem i lekkim stylem, który sprawia, że przez książkę się płynie. Nie wszystkie elementy trafiły idealnie w mój gust, a Lavender nie została moją ulubioną bohaterką, ale całość wspominam naprawdę dobrze. Fascynująco, emocjonalnie, momentami bardzo angażująco. Jeśli szukasz czegoś magicznego – dosłownie i w przenośni – to zdecydowanie warto tu zajrzeć. Idealna propozycja na jesienne wieczory.



