"Igrzyska śmierci" - książka vs. film. Kilka refleksji

"Igrzyska śmierci" - książka vs. film. Kilka refleksji

Kiedy dziewięć lat temu Igrzyska Śmierci pojawiły się na półkach sklepów, nikt nie wróżył im tak spektakularnego sukcesu. Kto by się spodziewał, że filmy wojenne i reality show staną się tak potężną inspiracją dla Suzanne Collins, czy że świat na długo zapamięta tę autorkę? Cóż, teraz można też śmiało przyznać, że i ekranizacje nie dadzą o sobie zapomnieć.

Pierwszy film, Igrzyska Śmierci, można odebrać jako całkiem niezłe wprowadzenie widza w świat Panem. Druga część – W pierścieniu ognia – znacznie podniosła poprzeczkę (w oczach niektórych osób, które mają już za sobą najnowszą ekranizację, wciąż to ona uchodzi za najlepszy film z serii). Zauważalna była w tym wszystkim zmiana reżysera – z Gary’ego Rossa na Francisa Lawrence’a – który niewątpliwie powinien prowadzić filmowe Igrzyska od samego początku. Niestety słabiej wypadła pierwsza część Kosogłosa; pojawiły się opinie, że nie powinno się ostatniej części dzielić na dwie, że spokojnie mogłoby się je połączyć, bo pierwsza odsłona okazała się ”zagrzewaczem do boju”, wstępem do wydarzeń, które postanowiono pokazać w czwartym i ostatnim już filmie. A co powie tłum na Kosogłosa część 2? Osobiście stwierdzam, że jest to najbardziej udana filmowa odsłona Igrzysk.

Muszę przyznać, że jestem niezwykle pozytywnie zaskoczona tą ekranizacją. Spodziewałam się wiele, bo Francis Lawrence już pokazał, na co go stać, ale że film wypadnie tak świetnie? Nawet nie odważyłam się, by o tym pomyśleć. Igrzyska Śmierci jak mało która produkcja mają idealnie dobraną obsadę, jakby aktorzy byli stworzeni do swoich ról. Począwszy od głównej bohaterki, granej przez nagrodzoną Oscarem Jennifer Lawrence – kiedy ma się do czynienia z ekranizowaną serią widz ma możliwość niejakiego podglądania aktora, tego jak, i czy w ogóle, się rozwija.

Wielkiego plusa zaskarbiła sobie u widzów wierność książkom. Nie chodzi nawet o samą akcję, gdzie naprawdę pokazano wszystko, co najistotniejsze i jeszcze to dobrze sklejono. Część scen była niemal żywcem wyjęta z powieści, słowo w słowo. A to zazwyczaj ignoruje większa część twórców ekranizacji.

Jednak nie obyło się bez różnic pomiędzy powieścią a ekranizacją. Zaczynając od podstaw, narracja w książkach jest prowadzona pierwszoosobowo. Film nie skupia się jedynie na perspektywie Katniss, przez co możliwe było ukazanie scen, w których ona nie występuje. Na ekranie Katniss, mimo zakazu, przedostaje się ukradkiem do Dystryktu 2., w książce bohaterka prosi o zgodę Plutarcha i Coin (i ją dostaje).

Co więcej, twórcy filmów nie zdecydowali się na przedstawienie kilku, dla sporej części fanów ważnych (choć pobocznych), postaci. Niby nie występowały za często, ale ich wątki łączyły się z innymi, jak np. ze sposobem w jaki Katniss dostała swoją charakterystyczną broszkę: w książce – od przyjaciółki Magde; w filmie – na straganie. Niezbyt istotne? A jednak poprzez broszkę w rękach Magde poznawało się historię drugiego Ćwierćwiecza, w którym zwyciężył Haymitch. Zrezygnowano też z Delly, przyjaciółki Peety, która miała pomagać mu w rekonwalescencji po odbiciu go z Kapitolu. Tymczasem rolę tę powierzono Prim, co było bezsensowne, bo była przecież siostrą dziewczyny, której na tamtym etapie nie chciano Peecie przywodzić nawet na myśl.

Następne, co pominięto w filmie, to stopniowa poprawa zdolności Peety przed wysłaniem go w teren. Nie było ani tego, jak ćwiczy przy dekorowaniu ciast, ani jak ćwiczy w Trzynastce. Jako że filmy, nie oszukujmy się, zrobione są mniej brutalnie, by mogły je oglądać i dzieci, Katniss również jest bardziej łagodna, a przecież zabijała kapitolińczyków. Znaczącą różnicą jest też, że – mimo jego braku w ostatnim tomie trylogii – w kinowym Kosogłosie pojawia się Caesar Flickerman, ogłaszając śmierć głównych postaci.

Także niespodziewana śmierć odtwórcy roli Plutarcha, Phillipa Seymoura Hoffmana, zmusiła twórców filmu do pewnych zmian – to Haymitch czytał Katniss list o skutkach zabicia Coin. Epilog jest właściwie monologiem Katniss do jej dziecka. Tu występuje tylko drobna różnica, bo słowa są pięknie zachowane. Peeta faktycznie bawi się z małym synkiem, aczkolwiek dziewczynka nie ma kilkunastu lat, a jest niemowlęciem na rękach matki.

Więcej różnic? Cóż, nie wiem, czy to gra Elizabeth Banks i Woody’ego Harrelsona sprawiła, że w filmie powstała kolejna para do shippowania. W każdym razie fanów Hayffie zadowoli pewien moment: pocałunek tej dwójki. Pożegnalny, ale jednak. Rozbieżności można by wymieniać jeszcze przez długi czas.

Kosogłos część 2 najlepiej oddaje charakter książkowej trylogii, jej sens. To nie jest jakaś tam sobie seria, mająca narobić szumu wśród nastolatków, którzy są jej głównymi odbiorcami. To nie jest zwykły blockbuster. Francis Lawrcene pokazuje okrucieństwo wojny, jej oddziaływanie na społeczeństwo. Do czego zdolni są ludzie podstępnie zmanipulowani, którym barbarzyństwo wmawia się jako obowiązek, coś naturalnego, którzy do wzajemnego wyrzynanie się podchodzą bez wyrzutów sumienia, wręcz przeciwnie, potrafią kibicować zmuszanym do morderstwa, traktować to jak konkurs. Świat Panem jest przestrogą, której nie należy ignorować.

Kosogłos część 2 jest godnym zwieńczeniem ekranizacji. Mimo wzlotów i upadków, twórcy filmowej serii nie zatracili głównego sensu historii. Więc teraz, już po wszystkim, można odpowiedzieć na pytanie: czy Igrzyska Śmierci rzeczywiście są tak samo dobre na ekranie, co w papierze? Odpowiedź brzmi: tak. Mimo różnic, obie wersje są jak najbardziej super.