Fragment: First Last Night Bianca Iosivoni

Fragment: First Last Night Bianca Iosivoni

Dzisiaj swoją premierę ma First Last Night Bianci Iosivoni i z tej okazji razem z wydawnictwem Jaguar zapraszamy na pierwszy rozdział powieści.


Rozdział 1
Tate

Trevor Alvarez był zupełnie nie w moim typie. Absolutnie. Nigdy nie był i nigdy nie będzie. Nawet wtedy, gdy przechodził obok mnie tak blisko jak teraz i rzucał mi spojrzenie, którego nie mogłam rozszyfrować. Kiedy usiadł, jego zapach wciąż unosił się w powietrzu, a ja musiałam wziąć się w garść, żeby ponownie nie zaczerpnąć głęboko powietrza. Zgoda, Trevor był atrakcyjny. Nie jak model, ale jeśli lubiło się typ tajemniczego Latino o gęstych włosach, zadbanej brodzie i oczach tak ciemnych, że zdawały się prawie czarne… Był też wysoki, miał szerokie ramiona i piękne dłonie. Tak, należałam do tych kobiet, które zwracały uwagę na kształtne dłonie o długich palcach i zbyt chętnie wyobrażały sobie, co ich właściciel mógłby im tymi dłońmi robić. I chyba odrobinę za długo wpatrywałam się w dłonie Trevora, gdy rozpakowywał swoje dokumenty i rozkładał je naprzeciwko mnie w naszym stałym miejscu w bibliotece.
Jego palce były trochę szorstkie, chociaż nie potrafiłam wyjaśnić, dlaczego. Wiedziałam tylko, że zostawiły po sobie palące uczucie mrowienia na mojej skórze, a gdy pogładził palcami moje ręce, wszystkie włoski na nich stanęły dęba. A kiedy włożył dłonie pod mój sweter…
– Idziesz czy zostajesz? – Trevor zmarszczył czoło i przeniósł wzrok z mojej spakowanej torby na mnie.
– Uroczy – wymamrotałam i zaczęłam przyglądać się jednemu z rudych pasemek w moich ciemnobrązowych włosach, wciąż demonstracyjnie stojąc przy stoliku. Moje włosy nie miały już tak jaskrawego odcienia jak przed wakacjami (wpisać na listę rzeczy do zrobienia). Właściwie miałam zamiar już sobie pójść, ponieważ można przyjąć tylko ograniczoną ilość informacji na temat różnych procedur obdukcji, zanim wybuchnie człowiekowi głowa. Ale zamiast uciekać, oparłam się dłońmi o blat stolika, nachyliłam lekko i uśmiechnęłam prowokacyjnie. – Chcesz, żebym została?
W oczach Trevora pojawił się błysk, ale już po sekundzie jego wzrok się zmienił. Natychmiast zrobił obojętną minę i próbował zachować dystans.
– Nie jestem zainteresowany.
Nachyliłam się jeszcze bardziej, aż zdecydowanie zbyt wyraźnie poczułam jego zapach. Pachniał czymś cytrusowym i odrobinę ostrym, czymś, co przywodziło mi na myśl długie noce przed kominkiem.
– Kłamca – szepnęłam.
Tego faceta tak cholernie trudno rozgryźć – a przecież wszystko mogłoby być takie proste… Zwłaszcza jeśli przestałby zgrywać mojego wybawcę. Miałam już ochroniarza w postaci starszego brata i nie potrzebowałam drugiego. Jednak Trevor nie przyjmował tego do wiadomości i przybywał z pomocą zawsze wtedy, gdy sobie tego nie życzyłam. Ale kiedy mniej lub bardziej subtelnie proponowałam mu coś innego, coś, co nie miało nic wspólnego z książkami, nauką czy opieką nade mną, stawał się ślepy, głuchy i uparty.
Pokręciłam głową i ponownie się wyprostowałam.
– W takim razie, baw się dobrze.
Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam do wyjścia. Idąc przez bibliotekę, czułam na sobie jego wzrok, ale gdy przy drzwiach jeszcze raz się odwróciłam, Trevor już siedział pogrążony w lekturze.
Dupek.
Otworzyłam drzwi z większą siłą niż to konieczne i prawie znokautowałam kolegę, który właśnie chciał wejść do środka. Zignorowałam jego zakłopotany wyraz twarzy i minęłam go bez słowa, wychodząc z ciepłej biblioteki na lodowate styczniowe powietrze. Ciemne chmury zawisły na niebie i skąpały wszystko w szarym świetle, ale wiedziałam, że zaraz i tak zapadnie zmrok.
Nie lubiłam zimy. Za dużo ciemności. Za dużo wieczorów, które można było spędzić tylko w domu, za dużo czasu na rozmyślania. Żałowałam, że nie mogę zrzucić winy za mój podły nastrój na tę porę roku i w ten sposób załatwić sprawy. Jednak przestałam się oszukiwać w dniu, w którym mama, tata i ja siedzieliśmy w naszym domu na kanapie, a dwóch policjantów mówiło nam, że mój brat nie żyje.
Idąc, podciągnęłam bordowy sweter i zapięłam skórzaną kurtkę pod szyję. Wsadziłam ręce do kieszeni i przyśpieszyłam kroku. Kiedy dziś rano wychodziłam na swój pierwszy kurs w nowym roku – akurat na socjologię – zapomniałam zabrać rękawiczki i szal z wynajmowanego ze znajomymi mieszkania w akademiku. Pewnie i tak bym ich nie włożyła, ale ej, przynajmniej je miałam.
Podczas ferii zimowych spadł śnieg i chociaż dzisiaj z nieba nie leciały grube płatki białego puchu, to wszędzie było go tyle, że zmienił wszystko wokół w cudowną śnieżną krainę. A moi koledzy z powrotem zmienili się w dzieci, które zaczęły się tym śniegiem nacierać. Nie potrafiłam powstrzymać śmiechu, gdy już z daleka zobaczyłam, jak Luke i Mason tarzają się w zaspie między akademikami. Pomiędzy czterema budynkami rozstawiono stoły i ławki, które w cieplejszych miesiącach służyły bardziej do relaksu niż nauki. Teraz stały się jednak kryjówkami, a miejsce wokół nich zamieniło się w pole bitwy.
Niewzruszona wyciem i przekleństwami przeszłam obok, podniósłszy ostrzegawczo brwi, gdy Luke mnie zauważył i szybko zrobił nową śnieżkę. Nawet w czasie najsurowszej zimy i pod szarym niebem był słonecznym chłopcem o ciemnych blond włosach i zawsze w dobrym nastroju. Zamachnął się. Stanęłam i zaczęłam się w niego wpatrywać. Wyszczerzył zęby, puścił do mnie oko, zrobił półobrót i cisnął śnieżką w Masona. Ten klęczał za ławką, ale wpatrywał się w swoją komórkę i wrzasnął, gdy śnieżka trafiła go w kark.
Trafiony zatopiony.
Pokręciłam głową i poszłam dalej. Zanim jeszcze dotarłam do szklanych drzwi prowadzących do mojego akademika, zaczęło padać. Usłyszałam za sobą piski zupełnie innego rodzaju, gdy bitwa na śnieżki została zakończona i wszyscy popędzili przed siebie, chowając się do budynków. No super. Odgarnęłam z czoła mokre pasemko włosów i poszłam dalej.
Na zimnym powietrzu mój oddech zamieniał się w parę. Chciałam zapomnieć o tej całej kolacji z okazji Święta Dziękczynienia i rzucić się w wir nauki. Dokładnie tak jak Trevor, który stał przed zamkniętymi drzwiami biblioteki. Deszcz lał się na nasze głowy, podczas gdy niczym dzieci czekaliśmy przed budynkiem o ciemnych oknach, aż ktoś wpuści nas do środka. Najwyraźniej żadne z nas nie spodziewało się, że podczas świąt biblioteka będzie nieczynna.
– Masz ochotę na kawę? – spytałam i odgarnęłam mokre włosy z twarzy.
Pokiwał głową i poszliśmy do najbliższej kawiarni.
Chociaż znaliśmy się od nieco ponad dwóch lat, po raz pierwszy byliśmy sami. Bez przyjaciół. Bez książek i notatek z seminariów, na których się skupialiśmy. I żadne z nas nie było pijane. W deszczowe popołudnie w zupełnie opuszczonym kampusie…
Ktoś wpadł na mnie od tyłu. Nie zdążyłam go nawet ochrzanić, bo już zniknął w akademiku. Zagryzłam zęby i weszłam do środka razem z innymi studentami.
Miałam wrażenie, jakbym znalazła się w saunie. Nie było szansy, żebym dostała się do windy, w której panował taki ścisk i taka wilgotność powietrza jak w kolumbijskiej dżungli. Zamiast tego niechętnie zaczęłam wchodzić po schodach, ściągając kurtkę i podwijając rękawy swetra. Mimo to, gdy wreszcie dotarłam na właściwe piętro i wyjęłam kartę magnetyczną do naszego pokoju, byłam nie tylko mokra, lecz także spocona.
– Hej – przywitała mnie Elle, która właśnie wyszła ze swojego pokoju. Przewiesiła torbę przez ramię i już miała wychodzić, ale przystanęła, zmrużyła oczy i zaczęła mi się przyglądać. – Co się stało? To znaczy pomijając fakt, że wyglądasz, jakbyś kąpała się w morzu.
– Nic. – Cisnęłam torbę i kurtkę na podłogę obok sofy, otrząsnęłam się, poczłapałam do aneksu kuchennego i otworzyłam lodówkę.
– Jesteś pewna? – dopytywała Elle. – Wyglądasz na jeszcze bardziej ponurą niż zwykle zimą. A co to w ogóle ma znaczyć?
Zagotowałam się ze złości i zamknęłam lodówkę. Ale Elle jeszcze ze mną nie skończyła. Gdy ta dziewczyna zwietrzyła jakąś dobrą historię – albo zorientowała się, że któryś z jej przyjaciół ma kiepski nastrój – była jak pitbull. Tylko tego mi jeszcze brakowało. Nie.
Bez słowa wróciłam do kanapy, opadłam na nią i zaczęłam zdejmować kozaki. Były mokre, ubłocone, a w podeszwy wbiły się małe kamyczki. Jeszcze jeden powód, by nienawidzić zimy.
– Byłaś w bibliotece? – spytała Elle, odłożyła torebkę i wyjęła z szafki dwie filiżanki, jakby nigdzie się nie śpieszyła.
– Ta.
– Dużo było ludzi?
Wzruszyłam ramionami. Nie interesowało mnie, czy ludzi jest dużo, czy mało, dopóki mogłam uczyć się w spokoju i nikt mnie nie denerwował.
Rozległo się bulgotanie wody w czajniku, a Elle wsypała do filiżanek kilka łyżeczek kawy rozpuszczalnej.
– Trev pewnie też tam był, co nie?
Zagryzłam wargi, by powstrzymać się przed powiedzeniem tego, co cisnęło mi się na usta. Przez całe życie łatwo mi było zachowywać wszystko w tajemnicy. Czy chodziło o ukrycie pamiętnika w dzieciństwie, czy o to, by nie mówić rodzicom, że Jamie nocami wymykał się z domu. Zawsze trzymaliśmy się razem, tworzyliśmy jedność, dopóki… przestaliśmy ją tworzyć.
– Tate?
Odchrząknęłam i zaczęłam przyglądać się swoim paznokciom. Na skórkach i lewym kciuku miałam jeszcze resztki farby po wyjściu do sali plastycznej zeszłego wieczoru.
– Trev nadal tam siedzi i ma cały stolik dla siebie, jeśli chcesz się do niego przyłączyć.
Rzuciła mi wymowne spojrzenie. Prawda. Ta dziewczyna prześlizgnęła się jakoś przez college, odrabiając prace domowe w wieczór przed ich oddaniem i tak samo wcześnie ucząc się do egzaminów. Nie miałam pojęcia, jak ona to robi. Ja musiałam przygotowywać się do wszystkiego całymi tygodniami… Ale regularnie prowadziłam w rankingu. I tylko o to mi chodziło.
Elle postawiła na stoliku przede mną filiżankę z parującą kawą. Powąchałam ją i ze zdziwieniem stwierdziłam, że wyczuwam woń cynamonu. Oho. Najwyraźniej moja najlepsza przyjaciółka miała zamiar wytoczyć najcięższe działa. Była jedyną osobą, która wiedziała o mojej słabości do cynamonu.
Potem usiadła naprzeciwko mnie na drugiej sofie i wzięła w dłonie swoją filiżankę. Miodowoblond włosy zaplotła w elegancki gruby warkocz, który spływał jej z ramienia. Patrzyła na mnie cierpliwie swoimi zielonoszarymi oczami. Czekała.
Zaczęłam się wiercić. Elle w milczeniu piła kawę, a cisza między nami rozciągała się w nieskończoność. Do tego stopnia, że musiałam wreszcie się odezwać.
– Przespałam się z Trevorem.
No i proszę. Powiedziałam to. Słowa, które od tygodni paliły mi język, a które cały czas w sobie dusiłam. Ale po feriach zimowych widywałam się z tym facetem codziennie i cały czas prześladowały mnie wspomnienia owej nocy. A on najwyraźniej chciał o wszystkim zapomnieć.
– Słucham? – Elle niemal upuściła filiżankę. Patrzyła na mnie wielkimi oczami. – Spałaś z Trevorem? Z naszym Trevorem?
– Nie, z Trevorem gejem z drużyny koszykówki i stuletnim profesorem archeologii – mruknęłam. – Oczywiście, że z naszym Trevorem!
– W porządku. – Uniosła ręce w uspokajającym geście.
– My… Nie mam pojęcia, co nas napadło. – Oparłam filiżankę o udo, a potem znowu objęłam ją dłońmi. – To była pomyłka.
– Byliście pijani?
Wzdrygnęłam się.
– Nie…
– Och.
Westchnęłam i oparłam głowę na sofie.
– To było po Święcie Dziękczynienia. Was jeszcze nie było, a my spotkaliśmy się przed biblioteką. Była zamknięta, więc zamiast się uczyć, poszliśmy do kawiarni. A stamtąd jakimś cudem wylądowaliśmy w moim łóżku. Całkiem logiczne, prawda?
Elle spojrzał na mnie dziwnie.
– Wiedziałam, że coś jest nie tak, bo po Święcie Dziękczynienia byłaś jakaś nieswoja. Ale szczerze? Na to bym nie wpadła.
Jakimś cudem udało mi się uśmiechnąć.
– Pewnie byłaś za bardzo zajęta utrzymywaniem w tajemnicy przed światem tego, co działo się między tobą a Lukiem.
Otworzyła usta, by zaprotestować, ale zmieniła zdanie. Oblała się rumieńcem. Szybko upiła łyk kawy, ale ja i tak zauważyłam jej uśmiech.
Rzuciłam w nią małą poduszką.
– Przestań.
Nawet nie zrobiła uniku.
– Z czym?
– Być tak obrzydliwie zakochana. Najpierw Dylan i Emery, teraz ty i Luke. A Mackenzie buja w obłokach za każdym razem, gdy wraca od swojego chłopaka.
– Albo gdy on przychodzi tutaj – dodała sucho, przypominając mi, że nasza współlokatorka potrafiła hałasować nocą niemal tak bardzo, jak ja.
– Dobra, ale wróćmy do tematu. To z Trevorem to była przygoda na jedną noc, prawda?
Rozumiałam ją, ostatecznie byłam znana z tego, że spotykałam się z chłopakami tylko na jedną noc. Przynajmniej dopóki nie wylądowałam w łóżku z Jacksonem z drużyny piłkarskiej, ale to już inna historia.
Westchnęłam.
Elle spojrzała na mnie pytająco.
– Gdzie tkwi problem? Z tego, co wiem, nikt się nie zorientował. Żadne z was nie zachowywało się inaczej niż zwykle.
– Problemem jest… – Odstawiłam filiżankę i zaczęłam wyginać sobie palce, a potem się roześmiałam. Nawet w moich uszach ten śmiech brzmiał dość rozpaczliwie. – Problem w tym, że było mi dobrze. Naprawdę dobrze. I że chcę to powtórzyć.
– Ahaaaa – powiedziała. – Niech zgadnę, on tego nie chce?
– Właśnie. Nie sypia z dziewczynami, z którymi się przyjaźni. Co za gentleman. – Prychnęłam pogardliwie. – Tak jakby ta zasada się sprawdziła w przypadku twoim i Luke’a… Poza tym nie jesteśmy nawet przyjaciółmi.
– To kim dla siebie jesteście?
Wzruszyłam ramionami. Na mnie i Trevora nie było żadnego określenia – przynajmniej żadnego miłego. Nasi przyjaciele mówili o nas TNT – i mieli rację… Gdy przebywaliśmy razem w jednym pomieszczeniu, w każdej chwili mogło dojść do eksplozji. Przeważnie to ja wybuchałam, bo on zawsze chciał odgrywać rycerza w lśniącej zbroi, a ja miałam ochotę skręcić mu za to kark.
Naprawdę nie musiał się tak starać. Ostatecznie nie chodziło mu przecież o to, by zrobić na mnie wrażenie – byłam nawet pewna, że ledwo toleruje moją obecność. Odwzajemniałam to uczucie. Okazało się, że jedyne miejsce, w którym się rozumieliśmy, to łóżko. Akurat tam dogadywaliśmy się rewelacyjnie.
– Gdy mówi „nie”, nie masz wyjścia i musisz to zaakceptować. Nie możesz przykuć go do łóżka i zmusić, by się z tobą przespał.
Hmm. Moje myśli same zaczęły wędrować w niedozwolonym kierunku, niestety Elle zbyt dobrze mnie znała.
Podniosła palec w ostrzegawczym geście.
– O nie, nawet o tym nie myśl!
– Psujesz całą zabawę.
Obraz, który jeszcze chwilę temu miałam przed oczami, był kuszący. Oczywiście, że nigdy nie zmusiłabym nikogo do uprawiania seksu. Ale na myśl o przykutym do łóżka Trevorze bezwiednie przygryzłam wargę.
Westchnęłam i upiłam łyk kawy. Smak cynamonu przynajmniej trochę mnie rozweselił i stał się promieniem słońca w ten pochmurny dzień.
– To nie jest tak, że chcę stałego związku – wypowiedziałam na głos moją następną myśl. – A nawet gdybym chciała, to z pewnością nie z Trevorem.
Przecież on doprowadziłby mnie do szału swoimi dyskusjami na temat tego, co powinnam, a czego nie powinnam robić. Czy naprawdę tak trudno pójść ze mną do łóżka, ale nie ładować się z buciorami w moje życie? Sypiałam z innymi chłopakami – z niektórymi nawet się zaprzyjaźniłam – i żaden z nich nie zachowywał się jak nadopiekuńczy starszy brat.
– Jakkolwiek by było – mówiłam dalej – Trevor nie ma powodu, by się tak zachowywać. To tylko seks. Gorący, szalony i fantastyczny seks. Co by się takiego stało, gdybyśmy zrobili to jeszcze raz?
– Nic – zapewniła mnie Elle i postawiła na stole pustą filiżankę. – I co masz zamiar z tym zrobić?
– Chcę tylko sprawić, żeby spojrzał na to z mojej perspektywy. A jeśli się nie uda… – Wzruszyłam ramionami i zerwałam się z miejsca. – To zawsze mogę przykuć go do łóżka.

Trevor
Przespanie się z Tate Masterson było błędem. Może nie największym w moim życiu, ale z pewnością znajdowało się w pierwszej piątce. Uświadamiałem to sobie na nowo za każdym razem, gdy się spotykaliśmy. I wiedziałem, że ona również myślała o naszej wspólnej nocy, bo nie kryła tego, że ma ochotę na powtórkę. Do której z pewnością nie dojdzie. Nawet jeśli wystarczyło jedno spojrzenie jej zielonych oczu, żebym z powrotem przypomniał sobie ten listopadowy wieczór. Wieczór, który nigdy nie powinien się wydarzyć.
Gdy oboje staliśmy w ulewie przed zamkniętymi drzwiami biblioteki i Tate spytała, czy mam ochotę na kawę, powinienem był powiedzieć „nie”. Ale wtedy wyjątkowo nie wyglądała na pewną siebie dziewczynę, która o nic nie dba. Była jakaś taka… zagubiona. Samotna.
Pokręciłem głową i spróbowałem skoncentrować się na książce. To był błąd. Błąd, który się nie powtórzy.
Gdy wiele godzin później wyszedłem z biblioteki, wmawiałem to sobie na tyle długo, by wreszcie w to uwierzyć. Śnieg i lód skrzypiały mi pod butami – chodnik został wprawdzie odśnieżony, ale od tego czasu zebrała się kolejna warstwa białego puchu. Odchyliłem głowę do tyłu. Oślepiała mnie latarnia, lecz wydawało mi się, że widzę migotanie niektórych gwiazd na nocnym niebie. Postawiłem kołnierz kurtki i ruszyłem w stronę akademika. Nie miałem pojęcia, która jest godzina. Chłód i ciemność sprawiały, że mogła być zarówno piąta po południu, jak i tuż przed północą. Jeśli jednak wziąć pod uwagę, że mijałem niewielu ludzi, a w oknach budynków paliło się bardzo mało świateł, to było już naprawdę późno.
W akademiku też nic już się nie działo. Przeszedłem przez lobby i wspiąłem się po schodach na górę. Ponieważ całe dnie spędzałem w sali wykładowej albo w bibliotece, byłem wdzięczny za to, że w ogóle mogłem się poruszać.
Stanąłem przed drzwiami do naszego mieszkania i zacząłem się modlić, żebym nie zastał żadnego z moich współlokatorów zabawiającego się ze swoją dziewczyną na sofie. Bywało tak już nie raz. A widok nagiego tyłka Luke’a na zawsze wrył mi się w pamięć. Gorsi byli tylko Emery i Dylan. Kilka dni temu, zaraz po feriach zimowych, Emery przygotowała dla niego nową niespodziankę. Niestety to właśnie na mnie spadło wiadro lodowatej wody, gdy otworzyłem drzwi. Obyś żył w ciekawych czasach.
Przekręciłem gałkę i przygotowany na wszystko, otworzyłem drzwi. Żadnej wody. Żadnej obściskującej się parki na sofie. Tylko Luke i Mason grali w najnowszą część Injustice i obrzucali się obelgami. Mason brzmiał na porządnie zakatarzonego. Najwyraźniej był tutaj już od jakiegoś czasu i jego alergia na kocią sierść zaczęła powoli dawać się we znaki.
– Hej – przywitałem się, ale oni nawet nie oderwali wzroku od telewizora, tylko kiwnęli głowami. Jeszcze w kurtce i z przewieszoną przez ramię torbą na laptop stanąłem za sofą i zaskoczony zmarszczyłem brwi. – Człowieku, Maze cię wykończy. – Poklepałem Luke’a po ramieniu, ale on natychmiast się cofnął.
– Wal się.
– Ha! – Manson radośnie machnął pięścią w powietrzu. Podwinął rękawy koszuli, tak że widać było wyraźnie tatuaż na jego lewym przedramieniu. – Oż kuźwa! – krzyknął, gdy Luke wyprowadził cios w grze.
Pokręciłem głową z rozbawieniem i poszedłem do swojego pokoju.
Ja i Luke mieszkaliśmy razem już od pierwszego semestru, chociaż wtedy jeszcze się nie znaliśmy. To było dwa i pół roku temu. Dylan dołączył do nas w ostatnim semestrze i przywiózł ze sobą zwierzę: Pieszczocha, starszą kocią damę, która teraz wstała z mojego łóżka, przeciągnęła się i patrzyła na mnie, jakby się zastanawiała, czego, u diabła, szukam w jej królestwie.
Podrapałem ją po łebku i położyłem torbę na laptop na łóżku. Ponieważ zakłóciłem jej spokój, Pieszczoch zeskoczyła z materaca i zniknęła w salonie. Jeszcze zanim zdjąłem kurtkę, usłyszałem, jak Luke klnie, a potem rozlega się głośne fukanie kotki. Z jakiegoś powodu Pieszczoch nie tolerowała mojego najlepszego kumpla. Drapała go albo w środku nocy siadała na klapie sedesu i nie chciała zejść, gdy Luke wchodził do łazienki.
– Wywalę to kocisko! – dobiegł mnie z salonu wściekły krzyk. Mason prychnął, co zakończyło się zduszonym kaszlem.
– Masz moje błogosławieństwo.
– Dylan was zabije – skomentowałem i poszedłem do aneksu kuchennego. Tak naprawdę był to malutki kącik. Nie miałem pojęcia, jakim cudem Luke’owi udawało się przygotowywać tutaj posiłki. Jedyne, co mnie wychodziło, to pankejki, które według moich przyjaciół stały się wręcz legendą.
– Nie, jeśli nas nie zdradzisz. – Luke włączył pauzę w grze i próbował przepędzić Pieszczocha. Osiągnął tylko to, że kot pacnął go łapą.
Wyjąłem piwo z małej lodówki i usiadłem na fotelu. Nie było to idealne miejsce do oglądania telewizji, ale miałem stąd najlepszy widok na przedstawienie, jakie właśnie dawali Pieszczoch i Luke. On cały czas cofał rękę, co sprawiło, że kotka tylko bardziej go atakowała.
– Ale wiesz, że ona uważa to za zabawę? – spytałem po trzecim łyku.
– À propos zabawy. – Mason wskazał telewizor. – Może dokończymy i skopię ci tyłek, zanim wyjdę?
– Twoje niedoczekanie – odparł Luke i odpuścił kotu. Złapał pada, ale usiadł na samym skraju sofy, tak by zachować jak największą odległość od swego futrzastego wroga. Sączyłem piwo. To będzie interesujące.
Po niecałych dwóch minutach Pieszczoch zeskoczyła z oparcia na kanapę, a stamtąd na stół. Idealnie zasłoniła telewizor i zaczęła się myć. Stłumiłem śmiech. Mason usiadł na podłodze, więc miał dobry widok na ekran telewizora, ale od kataru łzawiły mu oczy. Luke natomiast przechylał się na prawo i lewo, żeby dalej móc prowadzić walkę. Ale jego Batman nie miał szans z Harley Quinn Masona.
– No dalej… – szepnął Luke, waląc palcami w przyciski na padzie.
Pieszczoch dreptała po stole, strąciła ogonem pustą puszkę po coli. Nikt nie zareagował. Rozsiadłem się wygodniej na fotelu i obserwowałem trójkolorową kotkę, która błyskawicznie podbijała serca wszystkich – poza Lukiem. Po chwili znalazła pilot do telewizora i postanowiła trochę się nim pobawić.
– Zostaw to – ostrzegł ją Luke przez zaciśnięte zęby.
Nie posłuchała go i bawiła się dalej. Mógłbym się ruszyć i zabrać jej ten pilot, ale, szczerze? Nie chciałem zrobić sobie wroga z tego kota. Czasami potrafiła być przerażająca. Poza tym wyglądała uroczo, gdy waliła łapką w pilot i rzucała Luke’owi obojętne spojrzenia. Po chwili pilot z trzaskiem spadł na ziemię. Zacisnąłem usta, by nie wybuchnąć śmiechem, gdy Pieszczoch zabrała się do kolejnej puszki. Oczywiście był to napój energetyzujący Luke’a.
– Spadaj! – Nie odrywając wzroku od telewizora ani nie wypuszczając z ręki pada, grzbietem dłoni odsunął puszkę na bok.
Kotka podeszła do puszki i usiadła obok niej.
Mason nachylił się w stronę ekranu, na którym Harley właśnie wycierała podłogę Batmanem.
– No, kochanie, wykończ go!
Pieszczoch rzuciła Luke’owi obojętne spojrzenie i przewróciła puszkę.
– Nie! Kuźwa! Co?! – Luke zerwał się z miejsca i upuścił pad. Przegrał walkę, a do tego lepka ciecz zalała stół i kapała na dywan, podczas gdy kotka spokojnie siedziała obok i myła sobie pyszczek.
Zacząłem się śmiać. Boże, to było o wiele lepsze niż komedie w telewizji. I odwróciło moją uwagę od spotkania w bibliotece.
– Ty zołzo! – Luke z wściekłością patrzył na kotkę. Ta spojrzała mu w oczy i miauknęła niewinnie, a następnie zeskoczyła ze stołu i poszła do pokoju Dylana, gdzie znajdowało się jej miejsce do spania.
Wstałem, szczerząc zęby, odstawiłem piwo i przyniosłem rolkę papieru toaletowego, żeby zetrzeć plamę.
Luke wyrwał mi papier z ręki i warknął wściekle:
– Chcę rewanżu!
Ale Mason pokręcił głową.
– Stary, już nie dzisiaj. Muszę spadać.
Nie ma wała. Z zaczerwienionymi, błyszczącymi oczami i lejącym się z nosa katarem wyglądał, jakby miał grypę stulecia.
Kiwnąłem do niego głową.
– Wynoś się, zanim się tu przekręcisz.
Mason wstał i idąc w stronę drzwi, mamrotał coś o tabletkach na alergię. Może na urodziny powinniśmy mu kupić zapas na rok.
– Przysięgam, jeśli ta zołza zrobi coś takiego jeszcze raz… – Luke wyrzucił mokre kawałki papieru do kosza i umył ręce.
– To co? – spytałem sucho. – Wywalisz ją? Dylan się ucieszy.
Tak jakby. Z poprzedniego mieszkania musiał się wynieść właśnie z powodu kota i Luke zaproponował mu, by zamieszkał tutaj, ponieważ nasz ostatni współlokator został wyrzucony ze studiów. Wtedy jeszcze nikt się nie spodziewał, że rozpęta się tu takie piekło.
Zamiast odpowiedzieć, mruknął tylko:
– A tak w ogóle to gdzie Dylan się szwenda?
Zerknąłem na zegarek na moim nadgarstku. Szkiełko było zarysowane, a na skórzanym pasku pojawiło się już kilka pęknięć. Należał najpierw do mojego wujka, a potem do dziadka, i dopóki działał, nie widziałem powodu, dla którego miałbym kupić nowy.
– Jest po jedenastej – powiedziałem. – Jeśli nie siedzi w pracy, to pewnie jest u Emery.
Do której nigdy nie chciał zabierać Pieszczocha. Emery z pewnością nie miałaby nic przeciwko, bo z tego, co wiedziałem, kochała tego małego żarłoka, ale to uczucie nie było odwzajemnione. Od tego semestru Emery dzieliła z Masonem i jakąś stale nieobecną współlokatorką trzyosobowe mieszkanie, w którym każde miało swój pokój.
Luke przewrócił oczami, tak jakby żadna z tych opcji go nie zachwycała.
– Przysięgam, że ten kot próbuje mnie zabić – wymamrotał, gdy szedł do swojego pokoju.
– Jeszcze nie nasikała ci do łóżka! – krzyknąłem za nim. – Czyli ta jej nienawiść nie jest aż tak duża.
Luke wrócił do salonu z kilkoma płytami DVD.
– Ale moja nienawiść jest wystarczająca. Idę na górę do dziewczyn. Idziesz też?
Do Elle i Tate? Do diabła, nie. Właśnie wygoniłem tę dziewczynę z głowy, a przecież i tak będziemy się jeszcze widywać w kampusie czy na najbliższej imprezie pożegnalnej.
– Ja odpadam – odparłem i wskazałem kciukiem mój pokój.
– Muszę się uczyć.
– Jakbym słyszał Tate – parsknął Luke i poklepał mnie po plecach. – No cóż, w takim razie baw się dobrze.
Zamknął za sobą drzwi i zostałem sam. Sam z kotem, który może nie będzie chciał mnie zabić, ale przede wszystkim sam z moimi myślami.
Lepiej, żebym się czymś zajął, zanim przyjdzie mi do głowy jakiś durny pomysł. Na przykład powtórzenie pewnego błędu, o którym po prostu nie potrafię przestać myśleć.